
Flagellum_Dei
Blackpillist
★★
- Joined
- Mar 24, 2024
- Posts
- 1,662
O redystrybucji zasobu foidzkiego
Zamierzam dociec, czy w istnieniu państwa może tkwić jakaś słuszna i pewna norma systemowa. Ażeby to zrobić, muszę wpierw zbadać naturę i prawidła rządzące klasami społecznymi jak i zasobem foidzkim (używam tego określenia, zamiast napisać 'foidy' przez zbytnie konotacje rzeczonego z człowieczeństwem, mogłoby ono prowokować ze wszech miar szkodliwą i błędną myśl jakoby zasób foidzki był ludźmi) i mając je za fundament postawić gmach najdoskonalszego systemu. Istniały państwa oparte na niektórych częściach opisanej tu przeze mnie umowy społecznej (niestety wynikających z dogmatów), ale redystrybucja zasobu foidzkiego w ich przypadku odbywała się w sposób niezinstytucjonalizowany lub też oddolnie, co czyniło ten proces niespójnym i chaotycznym. Zważając na brak możliwości odwołania się do systemów państwowych, których teoria polityczna była zamierzenie bazowana na antagonizmach powstałych z zasobu foidzkiego samego w sobie, a opisanych tu przeze mnie, z konieczności muszę zbudować system całkowicie czysty od domysłów moich poprzedników, którzy nie mieli szansy poznać jak wygląda natura zasobu foidzkiego; jakże miałby ktokolwiek stawiać system oparty o realia, których nie rozumie? Tylko biorąc świat takim, jakim jest mogę rozważać jego następstwa, inaczej bowiem wyciągnę fałszywe wnioski. Jedyne rozeznanie w naturze rzeczy może dać odrzucenie sentymentów i mącących wzrok tradycji i spojrzenie jak rzeczywiście ona wygląda; oto właśnie czym jest blackpill. To samo dotyczy natury podludzkiego pomiotu, który w swojej pysze uznał się za rasę równą rasie panów, albowiem przez niewiedzę im na to pozwolono. Dziś, gdy mają zagwarantowaną przez wyzyskujący proletariuszy system całkowitą co do siebie decyzyjność (to znaczy ich instynkt ma zapewnione warunki przez siebie porządane, albowiem nie mają wolnej woli, a ich wszystkie działania można przewidzieć znając blackpill), ujawnia się prawdziwa natura tej brudnej rasy, ich zwierzęca nienawiść do proletariatu i uwielbienie burżuazji. Przez ludzką ignorancję co do faktycznej istoty zasobu foidzkiego została ona okryta warstwą deluzji i domysłów. Wyłącznie błogosławieństwo blackpilla pozwala na jej dostrzeżenie. Tak więc jedynie kierując się blackpillem można uzyskać faktyczny obraz tych podludzi, który to jest niezbędny do ustanowienia prawowitego państwa i praw w nim obowiązujących.
Nie będę odnosił się do wcześniejszych realiów, bowiem jest to zbędne. Wszak najważniejszymi są występujące w obecnym systemie antagonizmy, na których właśnie będę moje wnioski opierał. Stan dzisiejszy (nie jest to bynajmniej stan natury, ale wrogi proletariuszom despotyzm — przekazanie zasobowi foidzkiemu pełnej swobody przy jednoczesnym skrępowaniu rąk proletariatowi) jest niezmiernie podobny do stanu surowego, to znaczy obdartego ze wszelkich złudzeń co do natury zasobu foidzkiego i wszystkiego, co z niej wynika, toteż go będę używał jako punktu odniesienia.
Księga pierwsza
Rozdział 1
O przedmiocie tej pierwszej księgi
Człowiek w swojej doskonałości góruje nad nieludźmi, w tym nad zasobem foidzkim, jednak nigdzie prawa wynikające z tej przyrodzonej wyższości nie są w pełni wykorzystywane. Jaki misterny ciąg doprowadził do takiego upodlenia rasy panów? Nie wiem. Dlaczego do niego doszło? Sądzę, że potrafię to wyjaśnić.
Mnogość dążeń i ambicji należna ludziom wynikająca z wolnej woli zowie się naturami ludzkimi. Ich istnienie nie zależy bezpośrednio od czasów i miejsca (zmienia się zaledwie ich forma), bowiem pochodzą one z samej istoty człowieka. Oznacza to, że społeczeństwo, na które składa się kolektyw natur, jest przez nie stale kształtowane zgodnie z tymi naturami. Największe co w takiej społeczności może się zmieniać to wpływy i siła coraz to różnych natur, które zależnie od realiów, a ogólnie mówiąc, zależnie od bytu ulegać mogą przekształceniom. Rewolucje polityczne i nowe technologie jedynie umacniają poszczególne natury, bądź też osłabiają je. Władzę natur nad państwem określa system polityczny. To, czy państwo będzie zwycięskie, czy popadnie w stagnację, słowem, stan państwa, wynika z podziału władzy między natury, czyli z systemu. Od systemu zatem zależy powodzenie ludzkiej zbiorowości i jej prawa. Jeśli więc do najobfitszej degeneracji ludzkości (czyli wyparcia się swojej wyższości nad nieludźmi i uniżenia swojego człowieczeństwa nadając im równe miano, ale i ogólnego wyniszczania państwa w celu hołdowania égalité) dochodzi w systemie egalitarnym, gdzie zasób foidzki ma nadaną władzę równą ludzkiej, to mniemam, że należy podjąć się zbadania ich natury.
Rozdział 2
O wolnej woli
Skoro ludzie są rasą wznioślejszą od nieludzi, musi istnieć w nich pierwiastek stanowiący o ich wyższości. Gdybym brał pod uwagę jedynie samo podobieństwo powierzchowne, powiedziałbym, że ludziom zezwierząconym, pozbawionym wolnej woli należy się to miano. Nie można przecież wzrokiem odróżnić ich od wolnego ze swojej natury człowieka. Musiałbym też wtedy powiedzieć, że posąg postawiony na wzór człowieka jest nim, bowiem przypomina go formą. Pierwiastkiem tym nie może być zatem sama należna człowiekowi fizjonomia, która to zaledwie umożliwia powstanie tej doskonałości. Przymiotem dzierżonym wyłącznie przez człowieka i przeto oddzielającym go od nieludzi jest wolna wola, czyli zdolność płynącą z samej jego istoty do dążeń (a w oparciu o nie pożądania dokonywania działań) bez źródła w przyrodzonym dążeniu, imperatywie, jak i przeciwko niemu; potrzeba pochodzenia zdolności do tego dążenia z czystej istoty bytu oznacza, że musi podmiot chcieć tak postępować z pełną umyślnością, czyli mając owe działania za środek do danego, obranego przez siebie z różnych względów dążenia, a nie z powodu zmylonego czy zaburzonego instynktu dążącego do wypełnienia imperatywu. Mówiąc zwięźlej: wolna wola to możliwość podmiotu do posiadania dążenia innego niż imperatyw jako celu ostatecznego, a nie półśrodka do wypełniania imperatywu.
Bowiem czyż molosy przez Greków szkolone do walki i pewnej śmierci poprzez wypełnianie takowego polecenia nie przeczyły, jakoby działania ich miały zawsze obiektywnie prowadzić do imperatywu? Umiejętnie zmylono ich instynkty; nagradzano je zawsze za wykonywanie podobnych komend, toteż nawykiem zmieniono ich sposób dążenia do imperatywu. Widzimy zatem, że instynkt rządzący nieludźmi jest niedoskonały i omylny, przez co może zostać zmylony i pozornie działać przeciw imperatywowi, jednakowoż wybiera w swoim mniemaniu najlepsze doń środki, które przez rzeczoną omylność mogą pozornie wydawać się wolną wolą, ale nią nie są. Człowiek świadomy, że pewne działanie jest sprzeczne z przyrodzonym jego ciału dążeniem, a mimo to się na nie decydujący działa z premedytacją przeciw niemu i nie jest w swoich czynach zmylony. Tym samym dąży tym działaniem do celu innego od imperatywu, co jest równoznaczne z posiadaniem przezeń wolnej woli. Nie można też odeprzeć tego, co powiedziałem stwierdzeniem, że nie ma ludzi gotowych oddać życie w imię doczesnej sprawy (wszakże mógłby ktoś zarzucić męczennikom chrześcijańskim, że ich dążenie do zbawienia, czyli życia wiecznego, jest w rzeczywistości zmylonym dążeniem do życia), albowiem nie ma jak odmówić prawdziwości szwoleżerom spod Somosierry.
Jak widzimy, wolna wola to jedyna cecha, która decyduje o przynależności do rasy panów. Co za tym idzie, posiadanie wolnej woli jest niczym innym jak posiadaniem człowieczeństwa. Determinizm skutków akcji wolnego wolą podmiotu nie przeczy samej wolnej woli, tak więc nie umniejsza jej istnieniu. Podmiot ma dzięki niej w ogóle potencjalną możliwość działania według swojej woli, niekoniecznie rzeczywistą okazję do niego. Ma natomiast zdolność do niepożądania czynów dokonywanych wbrew swojej woli, czyli za przymuszeniem z zewnątrz, któremu fizycznie nie jest się w stanie przeciwstawić. Tak więc wolność czy niewola podmiotu wobec sił zewnętrznych nie wpływa na prawdziwość jego wolnej woli. Jeśli istnieje dowolność stosowanych środków, ale z góry ustalony ich cel, nie można tego nazwać wolnością woli. Bowiem czy niewolnik muszący pracować w wybrany przez siebie sposób przestaje być niewolnikiem? Dążenie, nawet jeżeli z góry zdeterminowanym skutkiem, musi się brać z wolnej woli, żeby można było o niej mówić, że podmiot ją ma.
Rozdział 3
O stopniach wolnej woli
Wraz z wolną wolą mogą, a nawet muszą istnieć pożądania powodowane niedoskonałością ludzkiego ciała. Jednak człowiek ma wybór pomiędzy ulegnięciem im a uniżeniem ich wobec innych swoich dążeń. Zachowuje więc wolność wyboru. Może, ale nie musi być im posłuszny. Człowiek często pławi się w swoich przyrodzonych impulsach, traktuje je jako cel sam w sobie i ignoruje możliwość samostanowienia. Jest jednak do niego zdolny, ale ze swojej ignorancji czy lenistwa nie zważa na tę możliwość. Najwyższym przeciwieństwem tej postawy w człowieku jest nadczłowiek. Ograniczenia ciała są u niego całkowicie podporządkowane służebnictwie wolnej woli. Są dla niego złem koniecznym, półśrodkiem prowadzącym do wyższych celów. Odrzuca ich prymat nad swoją decyzyjnością, na który człowiek tak chętnie przytakuje. Nadczłowieka nie rozróżniam jako coś innego niż człowieka, ale jego najdoskonalszą formę. Wszakże skoro człowiek może sam ze swojej istoty stać się nadczłowiekiem, to jest nim, tylko nierozwiniętym. Zatem człowiek i nadczłowiek mają to samo sobie należne człowieczeństwo, ale w różnym stopniu korzystają z jego dobrodziejstw. Niemniej, jak najbardziej można z zewnątrz wywołać w człowieku tę szlachetność, czego wspaniałym przykładem jest armia Nipponu z uprzedniego stulecia. Idąc w ślady Plotyna: człowiek nie tyle wypowiada wojnę Demiurgowi, ile jest do niej zdolny; nadczłowiek już tę wojnę wygrał. Kiedy w dalszej części traktatu piszę o człowieku, mam na myśli człowieka, nadczłowieka i wszystko pomiędzy nimi.
Istocie, która ze swojej natury bezwolnie usługuje przyrodzonemu jej celowi, należy się miano podczłowieka, czyli nieczłowieka. Nie ma wolnej woli, więc nie można nazwać jej człowiekiem ani doszukiwać się u niej człowieczeństwa.
Rozdział 4
O imperatywie zasobu foidzkiego
Rozgraniczenie zasobu foidzkiego od ludzi jest nie tylko rzeczą słuszną, ale i niezbędną, żeby zrozumieć ich naturę. Zasób foidzki to podludzie, rak toczący wszystkie narody. Podobnie jak wszyscy nieludzie, nie mają wolnej woli, a przyświeca im jedynie wrodzony cel. Cel ten warunkuje gadzi mózg, którego władztwu ich działania są podporządkowane. Oddane jest mu całkowite władztwo nad ich myślami i czynami, stanowi władzę absolutną nad całością ich poczynań i reakcji. Zasób foidzki nie jest zdolny do rozumienia wyższych idei czy posiadania ambicji innych, niż te najgłębiej zakorzenione w gadzim mózgu. Jeden imperatyw sprawuje u nich prymat nad innymi — rozpowszechnianie cech fizjonomi charakteryzujących burżuazję poprzez potomstwo. Żeby ten cel mógł zostać spełniony, muszą najpierw oddzielić burżuazję od nieburżuazji. Zachodzi więc w ich jaźni postopniowanie ludzkiej fizjonomii względem pożądanych instynktownie cech i wydzielenie bardzo wąskiej części ludzi jako burżujów. Jest to hipergamia. Wobec tej wydzielonej klasy społecznej kierować będą podyktowane przez instynkt działania. Jaźnią zasobu foidzkiego są jedynie materie skorelowane lub wprost wynikające z hipergamii. Kiedy podejmują jakieś działanie, mają za ostateczny cel tylko to, na co ich podludzki imperatyw pozwala. Będą więc dążyć do wypełnienia tego celu w jak największym stopniu. Imperatywem przyświecającym ich egzystencji, wynikającym bezpośrednio z pierwszego imperatywu, jest rozpętanie jak największej hipergamii.
Rozdział 5
O hipergamii
Podziały dokonywane w ramach hipergamii oczywiście nie są stałe. Wielkość hipergamii zależy od stosunku wielkości grupy burżuazji do nieburżuazji powstałego w jej ramach. Zasób foidzki będzie zawsze dążył do rozpętania jak największej hipergamii, a więc wydzielenia jak najbardziej burżuazyjnego elementu spośród dotychczasowych burżua. Wieczny rozrost hipergamii powoduje rzecz jasna ciągłe zmiany stosunków klas społecznych; burżuazja się zawęża, a klasy nieburżuazyjne rosną. Nie ma górnej granicy hipergamii, ostatecznie będzie ona prowadzić do zmniejszenia burżuazji do grupy kilku ludzi. Instynkt zasobu foidzkiego jej nie ogranicza, robią to siły zewnętrzne. Hipergamię reguluje ich dostęp do burżujów i zewnętrzne przyzwolenie na ten dostęp. Hipergamia będzie na tyle wysoka, na ile pozwalają warunki, aczkolwiek nigdy nie spadnie poniżej pewnego poziomu. Poziom wyznacza instynkt zasobu foidzkiego, reguluje jego dolną granicę w przypadku braku burżua; to znaczy nie nastąpi wywyższenie proletariuszy stale do swojej klasy przypisanych do burżuazji w przypadku jej braku, ale gdy zabraknie proletariatu, to burżuje będą do niego degradowani. Każda wolność nadana zasobowi foidzkiemu będzie tym samym dawała tym podludziom przyzwolenie na kierowanie się imperatywem, a więc hipergamią. Podział na klasy społeczne odbywa się na podstawie konkretnych przyrodzonych cech ludzkiej fizjonomii, zgoła niezmienialnych. Struktura kostna w szczęce, canthal tilt, wzrost, et cetera, definiują przypisanie danego człowieka do proletariatu lub burżuazji w procesie hipergamii.
Rozdział 6
O klasach społecznych
Populus est omnis divisa in partes tres. Pierwszą klasą wydzielaną przez zasób foidzki w ich hipergamicznym otępieniu jest burżuazja, drugą lumpenproletariat, a trzecią ci proletariusze, którzy przez wspaniałomyślnie oddane im poburżuazyjne ochłapy nazywają siebie burżua, ale również należą do proletariatu. Wszystkie te klasy różnią się między sobą stopniem pożądanej przez hipergamię fizjonomii, z tym że proletariuszy należy brać w tym podziale jako całość. Burżuazja to klasa, do której powielenia fizyczności dąży zasób foidzki. Wyróżniają się zatem wyjątkowym tych cech posiadaniem. Nie jest jednak klasa, której całości pozycja jest zawsze gwarantowana przez hipergamię. Dolna warstwa burżuazji wraz ze wzrostem hipergamii przestaje należeć do swojej klasy, a nawet bez tego wzrostu i tak przy każdej możliwej okazji zostanie uniżona na rzecz elementu bardziej burżuazyjnego. Ogólnie jednak burżua zyskują na plugastwie nieskrępowanej hipergamii. Jako jedyna z klas czerpie z tego systemu profity. Sprawuje monopol na zasób foidzki w jedynym wartościowym stanie, w jakim wsytępuje, w czystości i w wieku rozpłodowym. Proletariat przekupiony resztkami po burżua otrzymuje ten niezdolny już do rodzenia zdrowego potomstwa i skalany zasób foidzki. Wniebowzięty tym jakże hojnym aktem wydawania zużytego, bezwartościowego ochłapu, przekupiony proletariusz przypisuje sobie przynależność do burżuazji. Burżujem rzecz jasna nie jest, a zaślepionym apologetyczną, a nawet wprost przeczącą istnieniu hipergamii propagandą, proletariuszem. Ostatnią i zarazem najbardziej wyzyskiwaną przez państwa przyzwolenie na hipergamię klasą jest lumpenproletariat; nie otrzymuje on nawet pojedynczego zasobu foidzkiego na swoją własność. Rozróżnienie między lumpenproletariatem a proletariatem przekupionym nie opiera się na fizjonomii, ale na majątku. Zasób foidzki bowiem wykorzystuje nieświadomość drugiej z tych klas wyłącznie jako półśrodek do działania zgodnie ze swoim imperatywem. Proletariat przekupiony, zamiast dołączyć do szeregów burżua, swoimi zasobami nieświadomie wspomaga zasób foidzki w dążeniu do jak największej hipergamii. Proletariat wzięty jako ogół przytłacza rozmiarami burżuazję do tego stopnia, że na dzień dzisiejszy na każdego burżuja przypada co najmniej kilkudziesięciu proletariuszy.
Rozdział 7
O ciemnościach
Tak ogromna dysproporcja powodowałaby wśród proletariuszy słuszny opór. Powszechna rewolucja proletariacka bez najmniejszej trudności przetrąciłaby kark niewolącego ich lewiatana niedługo od swojego wybuchu. Jednak proletariat wciąż tkwi w okowach, których nie dostrzega. W momencie, w którym proletariusze zdadzą sobie sprawę ze swojej ilości i potęgi, odbiorą co im należne — na bagnetach. Niby Flagellum Dei, bicz boży, spadną na wyzyskujące ich plugastwo, paląc stary system do gruntu. Dlaczego więc najszlachetniejsza z klas ciągle ugina kark? Dlaczego proletariusze wciąż wielbią wrogich im despotów? Bo tego chce pasożytniczy system istniejący dzięki ich pracy. Państwo w systemie innym niż blackpillizm to usystematyzowany wyzysk proletariatu. Nie może osiągnąć tego wyzysku siłą, dlatego narzuca proletariuszom niewolniczą mentalność, lub też całkowitą niewiedzę o zniewoleniu. Jakim sposobem człowiek niewolny może zwrócić sobie wolność, nawet nie wiedząc, że owa istnieje? By wyzysk proletariatu nie stał się pogardzaną przeszłością, została wykształcona przez reakcjonistów, a podtrzymana przez nawyk, strategia pętania klasy proletariackiej w kajdany ciemnoty. Ignorowanie prawdziwego stanu rzeczy nazywa się bluepillem. Bluepill, z początku wyłącznie narzędzie reakcji, został w miarę wzrostu hipergamii, i rozrostu rakowego elementu, jakim jest system na nią zezwalający, wpojony proletariatowi. Zwykle przyjmowany jest bezrefleksyjnie jako prawda bynajmniej nie z racji swojej wątpliwej spójności, ale fałszywego obrazu prawowitego systemu, jaki daje. Proletariuszowi ze słabym umysłem łatwiej go przyjąć, niż odwrócić się od cieni na ścianie, które musiałby odrzucić jako iluzję. Nawet widząc na własne oczy świat rzeczywisty, człowiek taki odmawia swoim zmysłom racji, zbyt oślepia go blask świata wolnego od deluzji. Podobnie do więźnia platońskiej jaskini reaguje agresją na wszelkie próby wyciągnięcia go z niej. Przywykł do cieni jako realiów, a świat zewnętrzny ma za pijackie bajania. Proletariusz, który wyrzeka się komfortu życia w kłamstwie na rzecz poświęcenia się walce o oświecenie, popełnia akt wymagający niezłomnej siły woli. Można go śmiało nazwać nadczłowiekiem. Nie można natomiast z tego samego powodu przypisać nadczłowieczeństwa burżujowi (chyba że wbrew swojemu interesowi klasowemu walczy o ustanowienie redystrybucji), który już z samej racji swojej pozycji jest wystawiony na prawdziwy stan rzeczy. Nawet jeśli by nie był, to wychodząc z platońskiej jaskini, nie bierze na barki brzemienia realiów, które są przecież dlań korzystne. Nie wyrzeka się więc spokoju ducha, ale bardziej się jeszcze chełpi swoim położeniem.
Rozdział 8
O oświeceniu
Dla owładniętego łgarstwami motłochu mechanizmy kryjące się za hipergamią i ogólnie za zasobem foidzkim pozostają niezmierzone i, jak fanatycznie wierzy, niemierzalne. Reakcjoniści usiłują w jakiejś błędnej misji przypisać działającym impulsywnie podludziom wolną wolę. Powstałe z tego domyślania się realiów i apologetyczne względem zasobu foidzkiego wyparcie się rzeczywistości dumnie wywieszają na swoim proporcu. Mają je za panaceum, które dogmatami ukróci ludzkie dążenie do prawdy i nienawiść do fałszu. Byt zasobu foidzkiego został misternie okryty mgłą tajemnicy. Wiedza o ich naturze istniała jednak w świadomości zbiorowej, w micie pierwotnym, na długo przed nastaniem nowożytnego oświecenia. Oświecenie mitem jest oczywiście lepsze od ciemności, ale podobnie do niej kryje prawdę za przesądami. Jeśli mit stary zostanie wyparty przez mit nowy, systemowe dziedzictwo tego pierwszego zostanie zaprzepaszczone. Gmachy poprzednich oświeceń były stworzone na przemijalnym micie, gmach oświecenia nowożytnego — na pełnym zrozumieniu prawdy samej w sobie, a nie tylko jej pochodnych. W kulturach oddających cześć słońcu, wyrosłych na micie indoeuropejskim, oświecenie, choć podszyte ezoteryką, a więc niedoskonałe, było wpisane w panteistyczny porządek rzeczy. Dopiero ich stopniowa dekadencja, głównie mitem semickim, skalała przedchrześcijańską czystość. Blackpill w tym sensie to doskonalszy spadkobierca praindoeuropejskiego kultu solarnego, słońce prawdy rozświetlające prawdziwą naturę zasobu foidzkiego, górujące w chwale swojej nieskazitelności nad wszechrzeczą. Bezceremonialnie rozwiewa ich otoczkę, zostawiając jedynie groteskowy obraz zezwierzęconych, hedonistycznych podludzi. Na podobieństwo człowieka, który zerwał łańcuchy, którymi skrępowani są więźniowie platońskiej jaskini, blackpillista jako jedyny jest w stanie dojrzeć ten obraz. To zresztą niejedyne do niej podobieństwo, blackpillista obwieszczający światu wieści o tym jak faktycznie się sprawy mają musi zmierzyć się z ostracyzmem ślepego bluepillowego motłochu. Przekonanie mas o słuszności prawd o zasobie foidzkim jest zadaniem, które bluepill uczynił niezmiernie uciążliwym, ale nie jest niemożliwe. Mogą miotać obelgi i groźby w stronę niosącego nie ogień, a prawdę Prometeusza, ale nie są w stanie jej samej mu odebrać. Czym też jest zasób foidzki przeciwko proletariuszom uzbrojonym przez blackpill w puklerz oświecenia i ostrze słusznej nienawiści? Boją się prawdy, więc jej nienawidzą. Nie można nazwać tego błędem z ich strony, tylko w stanie półprawdy i zakłamania ich obecna, pasożytnicza pozycja ma prawo bytu; sama jednakowoż prowadzi do swojej zagłady, albowiem oświecenie płynie z niczego innego jak z poznania ich prawdziwej natury, czego może rychło proletariusz dokonać, będąc na nią wystawionym. Zasób foidzki, słusznie skądinąd, widzi w oświeceniu mas nadchodzącą rewolucję, w proletariuszu owe głoszącym — rewolucjonistę. Dzień powszechnego oświecenia będzie zarazem końcem półmroków despocji i nastaniem blackpillistycznego świtu.
Rozdział 9
O uniwersaliźmie
Podludźmi kierują wrodzone im impulsy, których absolutna władza nie tyle została wpojona w ich jaźń, ile nią jest. Imperatyw zasobu foidzkiego jest ich niezbywalnym i uniwersalnym instynktem. Da się go stłumić, jedynie tłumiąc ich świadomość, a więc i reakcje na bodźce, która jeśli tylko ponownie dopuszczona do funkcjonalności, powróci do jedynego możliwego, pierwotnego stanu. Ich akcje niemające imperatywu za bezpośredni cel są półśrodkami mającymi doń w ostateczności prowadzić. Wszystkie działania zasobu foidzkiego mają u swojego źródła imperatyw, bez różnicy jak wysublimowane. Tak więc nie ma w ich reakcjach różnorodności, która by wynikała z niesłusznie przypisywanego im człowieczeństwa, a jedynie taka, która płynie z oportunistycznej chęci wypełniania imperatywu. Gdy tylko taka okazja się pojawi, momentalnie zostają przez nie odrzucone normy moralne. Zasob foidzki nie jest zdolny do rozumienia czy uznania moralności, filozofii, religii, ani jakichkolwiek zasad, które by dążyły do celu innego, aniżeli im przyrodzony. Niemożliwym jest trzymanie zasobu foidzkiego w stanie częściowej wolności, albowiem zawsze dążyć będzie do rozpętania jak największej hipergamii. Nie zamierzam tutaj opisywać wzorca, według którego zasób foidzki będzie dążyć do imperatywu, albowiem nie ma on znaczenia przy badaniu ich ogólnej natury. Ważnym jest samo to, że dążenie będzie się odbywać za wszelką cenę, sam jego przebieg będzie odpowiednio kształtowany przez siły zewnętrzne. Co się tyczy wrodzonych im sposobów tego dążenia, to zostały one skrupulatnie obnażone przez ludzi oświecenia nowożytnego, od Otto Weiningera począwszy.
Rozdział 10
O konsekwencjach hipergamii
Sama hipergamia jest zjawiskiem niezmiernie dla państwa szkodliwym. Klasy powstałe w jej wyniku są karykaturą kast, najszlachetniejsze klasy zostają zdegradowane na rzecz burżuazyjnego motłochu. Podczas gdy w demokracji państwem włada ciemna masa kierująca się krótkowzrocznymi zachciankami, to system ten w całej swojej obrzydliwości wciąż pozostaje szlachetniejszy od obecnego. Rządy ludzi ciemnych nie mogą być wszakże gorsze od rządów nieludzi. Najmarniejsi nawet plebejusze zdolni są na poryw wspaniałomyślności i szlachetności, choćby miała go wywołać ciemnota zabobonu. Są w swoich osądach bezmyślni, a więc mogą w tej bezrefleksyjności dokonać nieumyślnie słusznych decyzji. Nie ma wobec tego pewności, czy ich władztwo posłuży, czy zaszkodzi państwu. Oto właśnie Incitatus! Zasób foidzki z drugiej strony będzie zawsze sprzymierzał się z tymi, z których jest największy pożytek dla jego imperatywu. Państwo, aby zdrowo funkcjonować, nie będzie oczywiście miało tego w priorytecie ani w ogóle na uwadze. Jeśli nawet by miało, to wiecznie nienasycony imperatyw dążyć będzie do uczynienia z niego jedynie prywatnego zysku, co też zaprzecza samej idei państwa. Tak więc podludzie będą działać przeciwko państwu tak długo, jak tylko pozwoli im to osiągnąć wrodzony cel. Suweren nigdy nie będzie miał tego w pełnym priorytecie. Zatem zasób foidzki nie może być nigdy w pełni lojalny państwu, zawsze będzie czynić to, co ma swoim interesie. Czy nie właśnie tak działo się z potomstwem (trzeciego tego imienia) Konstancjusza? Platon słusznie zauważył, że pies w swoich wyrobionych cnotach może zostać przyrównany do idealnego strażnika. Cnoty, do których są zdolni nawet inni nieludzie mienią się niewyraźnie zasobowi foidzkiemu. W ich przypadku interes ludzki i podludzki pozostają w wiecznym antagonizmie. Oto właśnie Honoria! Plebs otworzy wrogom bramy, gdy zostanie w swojej naiwności zmylony; zasób foidzki zrobi to, jeśli tylko będzie to w zgodzie z imperatywem.
Deprawacja hipergamii dosięga znacznie dalej, aniżeli tylko do stopnia politycznego. Z jej winy kolejne pokolenia marnieją, stają się dysgeniczne. Jest to zasługą fisherian runaway effect. Zasób foidzki przy możliwości wyboru zawsze będzie dążyć do selekcji cech fizjonomii burżuazyjnej. Fisherian runaway effect pokazuje, że cechy te zazwyczaj, jeśli nie za każdym razem, prowadzą do dysgenicznych wyborów, których rezultatem jest potomstwo nazbyt bogate w te cechy, ale gorsze w kwestii naturalnego przystosowania i ogólnej jakości genetycznej od potomstwa będącego efektem odrzucenia wadliwych omamów hipergamii. Tak jak wolna egzystencja pasożyta osłabia i w ostateczności wyniszcza organizm, tak nieskrępowana działalność zasobu foidzkiego osłabia i wyniszcza państwo, w którym ma miesjce. Nie jest więc przesadnym stwierdzenie, że rak toczący ciało i hipergamia to zjawiska nadzwyczaj do siebie podobne, jedynie różne w skali.
Rozdział 11
Rozstrzygnięcie kwestii człowieczeństwa
W kwestii zasobu foidzkiego istnieją dwie możliwości: zgodnie z tym co wcześniej napisałem określenie ich jako nieludzi, co nadawałoby z samej definicji ludziom prawo do rządzenia nimi, bądź też zaprzeczenie temu i przypisanie im człowieczeństwa. Nawet jeśli bym odrzucił wolną wolę jako wyznacznik człowieczeństwa i wbrew rozumowi nadał zasobowi foidzkiemu miano ludzi, to na niewiele by się to reakcjonistom zdało. Prawa rządzące foidzkim zasobem, ich imperatyw i antagonizmy przez nie powodowane dalej pozostają niezmienne. Nazwanie zasobu foidzkiego ludźmi jest zaledwie ślepo ciskanym określeniem (bowiem jeśli używam go wobec nich, to nie oznacza dłużej posiadania wolnej woli), nie mogącym zmienić ich natury. W takim sensie nadanie im człowieczeństwa oznacza jedynie zaprzeczenie, iżby miało obowiązywać metafizyczne prawo człowieka do władzy nad nimi, a nie zaprzeczenie ich naturze. Skoro mam więc stanowić prawa między ludźmi (z wielkim obrzydzeniem przychodzi mi pisanie tego w kontekście podludzi), to mniemam, że trzeba najpierw określić państwo i jego kompetencje jako zwierzchnika ludu i tym samym organu zarządzającego wszechrzeczą podeń podległą.
Księga druga
Rozdział 12
O wolności człowieka w stanie natury
Wielu się doszukuje wolnej woli wyłącznie w jej realizowaniu. Dopatrują się oni jakiejś metafizycznej wzniosłości w wolności do spełniania swojej woli. Rzeczą roussauiści, że człowiek rodzi się wolny, ale wszędzie jest w kajdanach. Powiadają też, że człowiek może zachować wolność podobną tej właściwej stanowi natury, nawet żyjąc w państwie. Naturalnym rozwinięciem ich myśli jest więc powrót do tego stanu, skoro instytucje mają deprawować ludzi, a w stanie natury człowiek jest szlachetny. A jednak! Wyrzekają się wcześniejszych swoich słów, na których te śmieszne idee oparli, żeby wprowadzać pojęcie umowy społecznej. Uwielbiają stan natury, ale chcą go zastąpić. Czyż według ich wymysłów ludzie by w ogóle potrzebowali jakiegoś formalnego zobowiązania, aby ten stan opuścić, skoro fraternité nakazujące niesienie pomocy bliźniemu miałoby być przyrodzone ogółowi, a przeto obecne również podczas bezprawia? Jeśli nie, to ich systemy stają się zbędne. Jeśli by potrzebowali, znaczy to, że w swoich bajaniach przeszacowali naturę człowieka i błędnie ją uszlachetnili, co jeszcze bardziej ich deprecjonuje.
Wyjątkiem wśród myślicieli jest Hobbes, który pomimo słusznego wywodzenia powstania państwa z gorszego od niego stanu natury odrzuca wizję bezpośredniej umowy podmiotu z suwerenem. Próbuje wprowadzeniem interludium, jakim jest umowa ludzi między sobą, zapewnić suwerenowi nietykalność. Nie widzi on przeto, że umowa może zostać złamana tak przez suwerena, jak i przez jednostkę. Twierdzi, że zwalniałoby to personę ze służby pod suwerenem i dawało jej profity. Jednakowoż, w takim przypadku suwerena opuszcza zobowiązanie do dalszego wywiązywania się z umowy z nią, zostaje wyjęta spod prawa, gdzie wszelkie środki są wtedy wobec niej dopuszczalne. Zrzeka się łaskawości swojego władcy i wypowiada mu wojnę. Może tedy spodziewać się adekwatnej reakcji suwerena. Ma więc w takiej sytuacji sygnatariusz powody, aby umowy przestrzegać; mieczem ciążącym mu nad karkiem jest potęga umowy innych podmiotów z suwerenem.
Rozdział 13
O metafizyce ludzkiej wyższości
Wolna wola zgodnie z moimi wcześniejszymi rozważaniami nobilituje wyższość nad nieludźmi, ale nie ustanawia hierarchii ludzkiej. Człowieczeństwo w nich pozostaje przecież takie samo, a więc w nim samym człowiek nie przewyższa drugiego człowieka.
Przy rozpatrywaniu nieludzi jako ludzi trzeba także uznać, że wolna wola nie nadaje miana człowieka i to, co pisałem wcześniej, również w tym przypadku obowiązuje. Nie nadaje też wtedy wolna wola metafizycznego roszczenia do panowania nad innymi. Mniemam, że bez metafizyki w ogóle nie istnieją ponadnaturalne prawa dające czy odbierające człowiekowi uprawnienia do czegokolwiek, nie ma bowiem nikogo, kto by je stanowił. Uprawnieniem jest wolność, jaką ma każdy człowiek do używania swej własnej mocy wedle swojej własnej woli dla osiągnięcia tego, czego z jej wolności pożąda, to znaczy: swojego celu; i co za tym idzie, wolność czynienia wszystkiego, co w swoim własnym sądzie i rozumieniu będzie on uważał za najstosowniejszy do niego środek. Zatem stanem przyrodzonym człowieka jest jego uprawnienie do wszystkiego. Ma bowiem (nie licząc zasobu foidzkiego) wolną wolę i nie ma rzeczy, której by nie mógł użyć, jeśli może mu być pomocna przy jej realizacji, przeto w takim stanie rzeczy człowiek ma uprawnienie do każdej rzeczy, nawet do ciała drugiego człowieka.
Wzajemne przenoszenie uprawnień ludzie nazywają umową. W akcie umowy człowiek przenosi na drugiego człowieka jakieś swoje uprawnienie, tym samym pozbawiając go siebie, co czynią obaj jej uczestnicy. Człowiek przenoszący swoje uprawnienie na drugiego nie może mu dać nic, czego by ten już nie miał, bowiem sam ma z natury uprawnienie do wszystkiego. Przeto człowiek, który przenosi na drugiego jakieś swoje uprawnienie wyzbywa się wolności przeszkadzania drugiemu człowiekowi w korzystaniu z jego uprawnienia do tej samej rzeczy. Rezygnując ze swego uprawnienia, człowiek tylko ustępuje z drogi temu drugiemu, iżby ten mógł korzystać ze swego własnego uprawnienia przyrodzonego bez przeszkody z jego strony, lecz nie bez przeszkody ze strony innych ludzi. Tak więc, gdy jeden człowiek przenosi swoje uprawnienie, to wychodzi na korzyść drugiego tylko to, że zmniejszają się dla niego przeszkody w korzystaniu z jego własnego przyrodzonego uprawnienia.
Musi dojść do przeniesienia uprawnień w jasnym dla obu stron akcie umowy, którym są odpowiednie słowa lub czyny, inaczej bowiem nie ma sposobu, w jaki można by orzec, że zrzekł się człowiek jakiegoś swojego uprawnienia. Bez pewności, że za zgodą sygnatariusza odbyła się ugoda, nie można również powiedzieć, że obowiązuje.
Niesprawiedliwością nazywa się sytuację, w której człowiek dokonuje czynu bez uprawnienia do niego. Zatem bez zaistnienia umowy, w której byłby sygnatariuszem nie może się człowiek dopuścić niesprawiedliwości, ma bowiem wtedy uprawnienie do wszystkiego; bez umowy nie ma sprawiedliwości i niesprawiedliwości.
Ale porządek społeczny jest prawem świętym, stanowiącym podstawę wszystkich innych praw. Jednakowoż prawo to nie pochodzi od natury; opiera się więc na umowach. Tak jak cel istnienia jakiejkolwiek sztucznej machinerii warunkuje wzorzec, według którego należy ją wykonać, tak mniemam, że ze sztucznym tworem państwa jest tak samo. Zamierzam więc dociec przyczyny powstania i trwania państwa.
Rozdział 14
O stanie natury
O stanie natury
Z natury wszyscy wolni wolą ludzie są w większej mierze równi sobie, zarówno w kwestii fizyczności jak i władz umysłowych. Nawet w sytuacji, gdy znajdzie się człowiek silniejszy czy też sprawniejszy we władaniu rozumem, to różnica pomiędzy człowiekiem a człowiekiem nie jest na tyle znaczna, ażeby roszczenia jednego do danych dóbr mając za oparcie swoje przyrodzone zdolności, bezsprzecznie górowały nad roszczeniami drugiego człowieka. Co się tyczy siły cielesnej, to człowiek najsłabszy ma przecież wystarczająco siły, ażeby zabić najsilniejszego, czy to podstępem, czy też sprzymierzając się z innymi ludźmi, którzy mają podobny interes co on. Odnośnie natomiast kwestii roztropności (albowiem jest to jedyna materia rozumu mająca w stanie natury znaczenie), to wynika ona z doświadczenia, które to ludzie żyjący w podobny sposób nabywają równomiernie. Z równości tej wynika równa możliwość poparcia swoich roszczeń tycząca się wszystkich ludzi, mających przecież podobne szanse na ich urzeczywistnienie. Oznacza to, że przy wywieraniu swojego celu ludzie muszą zważać jedynie na siłę człowieka, któremu on wadzi. Człowiek ze swojej wolnej woli może pożądać dowolnej rzeczy, jednak w znacznej mniejszości, szczególnie w stanie natury, są ci, którzy nie gną karku przed przyrodzonymi im pokusami. Jeśli dwaj ludzie mają z tego powodu nawzajem sprzeczny interes, to stają się nieprzyjaciółmi i próbują jeden drugiego zniszczyć albo podporządkować. W stanie natury człowiek może więc na porządku dziennym zostać przez innych napadnięty czy zabity. Po cóż miałby zatem siać czy wznosić wymyślne gmachy, jeśli tylko pozostali, skrzyknąwszy się, mogliby mu je odebrać? Innymi słowy, możliwość zagrabienia stworzonych przez siebie dóbr przez innych stawia człowieka w sytuacji, w której nie opłaca mu się ich tworzyć. A przecież nie tylko chęć zysku każe człowiekowi podporządkowywać sobie innych; może być pożądliwy sławy albo podbojów, które by mu miały zapewnić namiastkę bezpieczeństwa. Dopóki inni mają możliwość czynienia wszystkiego wedle swojej woli, dopóty człowiek nie może wiedzieć, że ich zamiary są czyste. Każdy inny człowiek niebędący ściśle z kimś powiązany jest zatem jego potencjalnym wrogiem. Życie w zbiorowisku wykraczającym poza małą grupkę nie przyniesie człowiekowi żadnych profitów, a przysporzy mu przez ową nieufność wielu przykrości. Jedynie gdy znajdzie się moc wystarczająco silna, by trzymać ludzi w strachu, możliwe jest zbudowanie zaufania z człowiekiem podlegającym pod prawa tej samej mocy. Bez takiej mocy, która by wszystkich ludzi trzymała w strachu przed czynieniem przeciwko jej prawom, ludzie są skazani na wojnę każdego z każdym właściwą stanowi natury. Niekoniecznie jest to oczywista, bezpośrednia walka o pierwszeństwo swoich roszczeń, ale raczej ciągła gotowość do niej. Wszakże w takim stanie jedyną gwarancją bezpieczeństwa jest wyższość danego człowieka nad innymi, co jest rzeczą zmienną i niepewną; tam, gdzie nie ma państwa, tam zawsze jest wojna każdego z każdym.
Rozdział 15
Co posuwa ludzi do pokoju
Co posuwa ludzi do pokoju
Jak już ustaliłem, cel, który płynie już z samego bytu, nazywa się imperatywem. Jest przyrodzonym dążeniem, a przeto całość nieludzi (którzy przecież nie posiadają wolnej woli) kieruje się jedynie nim. Wywodzące się z wolnej woli dążenie przynależne jest jedynie ludziom. Może ono całkowicie negować dążenia człowiekowi przyrodzone, bądź też nie; jeśli człowiek dąży do wyższego celu, w imię którego ma chęć oddać życie i nie troszczy się o nie samo w sobie, to pozostaje obojętny na swój żywot, tudzież obojętny na to, żeby jedyną drogą zakończenia stanu natury go zachować. Nie należy zatem takich (i tak bardzo nielicznych) nadludzi wliczać do ogółu zawierającego umowę, która tworzy państwo, chyba że z jakiegoś powodu zgodzi się któryś z nich na warunki obowiązujące resztę. Każdy z ludzi, który posiada dążenie mniej radykalne od rzeczonego, więc każdy, który nie stawia celu wywodzącego się z wolnej woli ponad zachowanie swojego istnienia (które jest człowiekowi przyrodzone), zawsze będzie skłonny oddać suwerenowi wszystkie swoje wolności, aby zachować jego źródło, to znaczy życie. Co za tym idzie, celem umowy społecznej jest samozachowanie. Słowem, aby zachować życie poprzez zakończenie stanu natury, który jest wojną każdego z każdym, ludzie decydują się na zawarcie umowy społecznej. Im suweren ma mniejsze środki do wypełniania umowy, tym mniej doskonale jest w stanie ją wypełniać. Środki, których może użyć, są niczym innym jak uprawnieniami, które przenosi nań sygnatariusz. Zatem człowiek chcący zachować z jakiegoś powodu życie zawsze będzie chętny na przeniesienie wszelakich swoich wolności na władzę w zamian za gwarancję kontynuacji bytu. Skoro widzimy, że celem umowy społecznej jest chęć zachowania przez ludzi życia poprzez zakończenie stanu natury i że sygnatariusze, którzy chcą ją zawrzeć, są skłonni oddać w tym celu wszelkie swoje wolności, a oddanie ich pozwala uczynić pewniejszym ich dążenie, to z konieczności musimy się zgodzić, że właśnie z tego ich pragnienia i według niego stworzone zostaje państwo i władający nim suweren.
Rozdział 16
O umowie społecznej
Jedyną drogą do tego, żeby ustanowić taką moc nad ogółem (danej grupy) ludzi, która by była zdolna bronić ich życia przed obcą napaścią i od krzywd, które czynią sobie wzajemnie, jest przenieść całą ich moc i siłę na jednego człowieka albo jedno zgromadzenie ludzi, które by mogło sprowadzić indywidualną wolę ich wszystkich do jednej woli. A to znaczy tyleż, co: ustanowić jednego człowieka czy jedno zgromadzenie, które by ucieleśniało ich zbiorową osobę, a więc kierujące się ich najlepszym interesem. Jest to suweren, a umowa, która go powołała do istnienia to umowa społeczna.
Hobbes nie uznaje indywidualnej umowy sygnatariusza z suwerenem, albowiem twierdzi, że takie akty wykluczałyby się nawzajem. Cóż jednak, czy suweren mający jednego tylko sygnatariusza mógłby jak najdoskonalej go bronić? W interesie samego podmiotu leży siła państwa, która przecież pochodzi od mnogości i siły sygnatariuszy. Nie wykluczają się zatem te liczne umowy, lecz są pożądane. Gdy Romulus–suweren zawierał ugodę na Palatynie, to nie poprzestawał wyłącznie na niej, bowiem wymagała ona zawierania umowy (choć pierwsze takie wydarzenie zaistniało jako następstwo zdobycia i redystrybuowania między lud rzymski zasobu foidzkiego), nawet przymuszonej, z innymi nacjami. Zgodnie z Hobbesa koncepcją ludzie mieliby najpierwej zawrzeć umowę między sobą, później dopiero ustanowić lewiatana. Jednak jeśli umowa społeczna oznacza zrzeczenie się poprzez przeniesienie na kogoś wszelkich swobód i wolności, w tym również decyzyjności, to nie ma sposobu, aby takie ograbione z uprawnień zgromadzenie w następnej chwili mogło na kogoś je przenieść. Jeśli więc w takim przypadku suweren nie byłby związany umową, to, jak zauważa Saint-Just, jest cudzoziemcem i wrogim despotą wobec sygnatariuszy. Natomiast jeśli sygnatariusze zachowują swoje uprawnienia aż do momentu nadania ich władzy, to nie zawarli umowy z innymi ludźmi, a bezpośrednio z suwerenem. Gdy w momencie ustanowienia tego zgromadzenia wybrali jedną osobę lub grupę osób, której zawierzają swoje swobody i siłę, to przecież właśnie z nią dochodzi do ugody, a co za tym idzie, należy się jej miano suwerena. Przeto umowa zostaje zawarta po raz pierwszy w jednym momencie przez wiele podmiotów z osobna z suwerenem, którego owe nim właśnie w rzeczonej chwili ustanawiają, zostaje wywyższony na jej mocy. O tym, co z tej ugody wynika, będę mówił więcej w następnych rozdziałach. Umowa, którą zawiera suweren mający już podległych pod siebie sygnatariuszy, istotnie podlega pod wcześniejsze zarzuty; zawarta może zostać jedynie, gdy leży to w obrębie pierwotnego ogółu umów, to znaczy wypełnia je. Należy więc taką sposobność rozpatrywać jedynie jako środek dotrzymywania wcześniejszych zobowiązań.
Rozdział 17
O zobowiązaniach suwerena
O zobowiązaniach suwerena
Sygnatariusze przelewają na suwerena całą swoją moc i wolności po to i tylko po to, ażeby ich bronił przed konsekwencjami bellum omnia contra omnes. Wszak, jak wcześniej już wykazałem, pierwszym celem zawarcia umowy przez sygnatariuszy jest zachowanie przez nich życia; w ich przypadku wszystkie inne cele stoją niżej od własnego istnienia. Zostają one przeto uświęcone dla tego jedynego i najwyższego dążenia, a z racji faktu, że nigdy nie będzie w pełni wypełnione, to znaczy byt państwa nigdy nie będzie w pełni doskonale zagwarantowany, wiecznie musi rzeczone brać górę nad pozostałymi. Musi więc suweren zakończyć stan natury, to znaczy: ustanowić i podtrzymać porządek, gdzie żywot podmiotów mu podległych jest im zagwarantowany. Ma do tego celu nadaną wszelką władzę i uprawnienia, których może używać tak długo i w taki sposób, żeby się z umowy wywiązać. Jedyne przy tym jego ograniczenie płynie z samego celu nadania mu tych wszelkich praw przez sygnatariuszy w akcie umowy; nie może odbierać im życia przy wypełnianiu jej ani ich przymuszać do wyrzeczenia się go. Po cóż by wtedy mieli godzić się na ustalenia, skoro nic z nich nie zyskują? Wiąże zatem suwerena to święte prawo: nie zabijaj sygnatariuszy umowy.
Ażeby móc zapewnić kontrahentom życie, władza musi najpierw istnieć. Jakżeby inaczej? Winien jest przeto suweren zagwarantować byt nie jedynie poddanym, ale i państwu, którym jest on i sygnatariusze związani z nim umową. Celem tak suwerena jak i jego podmiotów jest zatem istnienie państwa; i co za tym idzie, celem państwa jest istnienie państwa. Prawa państwowe mają utrzymywać przezeń rządzone podmioty w ładzie, a wszelki niezwiązany z suwerenem umową element — siła należna stanowi natury, który między nimi trwa. Może przeto rządzić despotycznie nad bezrozumnymi bestyjami i narodami obcymi tak długo, jak służy to jego celowi. Jeśli inna nacja składa mu hołd, a przydać się może państwu i je umocnić, to nie widzę tu przeszkód, ażeby pozwolił jej na zawarcie umowy. Przy czym nie może tej umowy zawrzeć, jeśliby miała zaszkodzić syngatariuszom i przybliżyć rzeczpospolitą do anarchii.
Wydawać by się mogło, że nie sposób, aby suweren utworzył wojsko do rozciągania władztwa nad obcymi narodami i obroną od nich, ani sił do utrzymywania porządku w samym państwie, skoro nie może zmuszać sygnatariuszy do poświęcania życia, a więc również do wojaczki. Zaciąg do armii wyglądać winien na wzór tego rzymskiego za czasów późnej rzeczypospolitej, najdoskonalszego skądinąd. W najlepszym interesie państwa, a więc w obowiązku suwerena leży, ażeby sygnatariusze mieli w państwie zapewniony byt na tyle wart zachowania, iżby chętni byli bronić swojej ojczyzny przed obcą napaścią. Co się zaś tyczy wojen napastniczych, to widzę tu jeszcze większą zachętę do stanięcia pod broń. Kiedy wzbogacić się może żołnierz o branki i rabować pod przyzwoleniem państwa, tedy wizja nagrody może przyćmić niechęć do poświęceń.
Winien jest suweren jak najdoskonalej, to znaczy jak najzgodniej z ustaleniami, rządzić rzeczypospolitą. Jeśli wyłącznym jego celem jest właśnie takie władztwo, to najwyższą powinnością mu należną zdaje się nie sprzeniewierzanie się temu celowi. W innym wypadku przeczy potrzebie własnego bytu, zrzeka się doń prawa i innym daje wolną co do siebie rękę; przestaje tym sposobem nadawać sens ich zobowiązaniom. By nie upodlić tak władztwa nad państwem, i dalej - samego państwa, władzę należy odstąpić jedynie najwznioślejszym i najbardziej oddanym sprawie sygnatariuszom. Najwznioślejszy, a więc najlepiej rozumiejący potrzeby rzeczypospolitej i znajacy prawidła rządzące państwem. Musi wszakże suweren wiedzieć jak rządzić, żeby rzeczpospolita zakwitła. W kwestii oddania sprawie, to mniemam, że to rzecz jeszcze od tego ważniejsza. Bo cóż, jeżeli despota trzęsie krajem umiętnie, a na swój prywatny zysk? Musi być przeto władza nadana najlojalniejszym i najwznioślejszym z kontrahentów.
Rozdział 18
O uprawnieniu do rokoszu
Kiedy suweren przestaje działać w celu podtrzymania państwa albo też pogwałca uświęcone prawo sygnatariuszy, łamie umowę społeczną. Pozbawia się legalności swojej władzy, a ubezwłasnowolnienie podmiotów przestaje wtenczas obowiązywać. Zyskują wtedy sygnatariusze na powrót uprawnienie do wszystkiego, w tym do rokoszu, a więc obalenia władzy tyranicznej. Nieuniknionym następstwem wykorzystania go przez nich jest tymczasowy powrót do anarchii stanu natury aż do momentu powołania nowego suwerena. Wszakże despotyczne rządy gorszymi trzeba uznać niż chaos bezprawia; w nim sygnatariusze nie mając ochrony, ale wolności ich nie pętają żadne ustawy; przy władztwie tyrana i swobody ich zostają skrępowane i protekcji nie mogą doznać.
Winienem teraz ustalić, kiedy suweren legalny przekształca się w despotę (tyrana), ażeby przy najmniejszym potknięciu rządu nie wznosić barykad. Gdy władza spoufala się z elementem wprost szkodzącym istnieniu państwa, albo z takim, z którego strony umowa została złamana, wtedy przestaje działać w celu zapewnienia mu istnienia, zrywa tym samym umowę; albowiem byt prawowitego państwa, któremu w ten sposób władza szkodzi, równoznaczny jest z niebytem stanu natury w jego obrębie, od którego suweren miał uwolnić sygnatariuszy. Podobnie, gdy z jakichś przyczyn działa z premedytacją na choćby najmniejszą korzyść wszechrzeczy niesygnatariackiej kosztem sygnatariuszy, zrzeka się prawa do rządów; wszak używa uprawnień, które zostały jej odstąpione w konkretnym celu do innych dążeń niż ustalone, tym samym odbiera sobie prawowitość zarządzania przelaną na siebie siłą i zaczyna władać nią despotycznie, czyli nie na mocy umowy. Ściśle mówiąc, suweren włada legalnie jedynie jeśli kieruje się tą zasadą: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciw państwu.
Rozdział 19
O zobowiązaniach sygnatariuszy
O zobowiązaniach sygnatariuszy
Wypełnianie umowy społecznej oczywiście nieograniczenia się jedynie do suwerena, a dotyczy również sygnatariuszy. Wszakże, jak dowiodłem w rozdziale XVI, żeby (wtórną) umowę uznać za prawowitą, musi ona służyć rzeczpospolitej. Nic w państwie nie może być przeciwko państwu. Każdy z sygnatariuszy zrzekł się na rzecz suwerena swojej siły i swojej wolności. Suweren, aby móc również w imieniu danego podmiotu działać, potrzebuje obu z tych rzeczy; obie są potrzebne, ażeby umowę móc uznać za wypełnioną. Nie może być to sama pożyteczność, bo czy nie płyną jedynie straty z żołnierza świetnie wyszkolonego, ale na żołdzie wroga? Podmiot lojalny, a szkodliwy tożsamo niesie z sobą tylko dekadencję państwa; pasożyt trawiący ludzkie ciało bez swojej woli czy nawet przeciw niej dalej wyrządza mu tyle samo uszczerbku. Dlatego też całość sygnatariuszy posiada dwa niezbywalne zobowiązania wobec państwa, lojalność i pożyteczność, które składają się na święte prawo wiążące sygnatariuszy: nie czynić szkody rzeczypospolitej.
Przez lojalność rozumiem absolutne poddanie się woli suwerena dopóty, dopóki nie łamie on umowy. Ograniczanie władztwa suwerena w czasach praworządności jest bowiem niczym innym, jak ograniczeniem jego środków do wywiązaywania się z ustaleń, a więc bezcelowym krępowaniem mu rąk. Tylko dzierżona przez niego władza jest w stanie zagwarantować, że umowa będzie jak najdokładniej przestrzegana. Kiedy decyzyjność znajdowała się w rękach zdziczałego motłochu, nie wyniknęło z tego nic innego niż tylko bellum omnia contra omnes. Stany pośrednie natomiast nieuchronnie prowadzą do stopniowej degeneracji powagi i mocy władzy. Zyskuje na tym kolejne przywileje zachłanna krótkowzrocznych profitów tłuszcza, jedynie przybliżająca się nimi do posiadania wszelkich możliwych uprawnień kosztem prawodawcy — do anarchii. Tak więc suweren musi posiadać dogodne, czyli wszystkie zgodne z ustaleniami środki do przestrzegania umowy. Podmiot, który mu owe odbiera, łamie umowę ze swojej strony; wszakże w akcie kontraktu zrzekł się swoich wolności, nie ma więc prawa ubiegać się o nie, żądając od suwerena, ażeby ten zachował swoje zobowiązania wobec niego. Ma prawo w swoim sumieniu sygnatariusz kląć rządowe ustawy do woli, musi jednak w ramach ugody ugiąć przed nimi kark i dobrze o nich przy innych mówić. Jeśli nawet by sam uniżył się osobiście, a przeklinał przed publiką władzę, podburzałby do reakcji. Szkodziłby tedy państwu, na co przyzwolenia mieć nie może. To samo tyczy się uroczystości religijnych i ogólnie praktyk szerzenia powszechnej moralności (albowiem również bez semickich bożków są one możliwe). Suweren jako najwyższy i jedyny prawodawca ustanawia obrząd w państwie, jako którego stworzyciel zostaje jego pontifexem maximusem, najwyższym kapłanem. Święta kościelne nie płyną z woli kleryków, ale z ustaw suwerena na nie zezwalających. Sacrum i profanum nie mogą w żadnym razie zostać od siebie rozdzielone, albowiem wszelkie prawo pochodzi od suwerena. Toteż pozycja kościoła jest nadewszystko przedłużeniem woli państwa i jego namiestnikiem w tej sferze. I dalej — święta płynące z woli suwerena są przede wszystkim świętami państwowymi, później dopiero religijnymi. Ich powaga jest przeto powagą państwa, przed którą sygnatariusz musi się ukorzyć.
Pożyteczność jest niczym innym, jak istnieniem możliwości, żeby sygnatariusz niósł państwu swoim istnieniem więcej pożytku niż szkody. A znaczy to tyle, co: kontrahent może zostać zagospodarowany przez państwo w taki sposób, aby zyskało ono więcej dobrego z jego istnienia, niż zostanie na jego zapewnienie wydane. Nie może zatem sygnatariusz być ze swojej istoty pasożytem; łamałby wtedy swoim istnieniem umowę. W jej akcie podmiot zrzeka się tak swobód jak i swojej siły. Jeśli nie wnosi drugiej z tych rzeczy, suweren, mając tylko go za kontrahenta, nie mógłby istnieć, bowiem jego siła płynie z siły sygnatariuszy, którą nań przelewają. Gdy nie jest jedynym podmiotem, cały sens jego udziału w umowie polega na samym profitowaniu z siły, którą dostarczyli pozostali sygnatariusze, a suweren dzierży. Taka umowa nie przynosi państwu korzyści. Mogłoby się wydawać, że w jej akcie podmiot pasożytniczy zrzeka się swoich wolności, więc takie porozumienie niesie profity obu stronom. Jednakże sygnatariusz taki pasożytowałby (tak niedługo jak by w nim żył, ale jednak) i w stanie natury i w stanie ładu społecznego. Nie może co do pasożytnictwa zrzec się swojej wolności, albowiem nie jest od niego zależna; stanowi przyrodzony mu stan, którego wyzbyć się nie sposób. Nie ma zatem jak zrzec się ani swojej siły, ani swoich wolności, która to z tej pierwszej by płynęła. Toteż jego umowa z suwerenem zawsze jest jednostronna, więc nieprawowita. Nie można rozpatrywać pasożytnictwa jako teraźniejszy przymiot podmiotu, ale jedynie jako przyrodzony i stały. Gdyby było inaczej, należałoby owym niepożądanym elementem nazwać każdego sygnatariusza w ramionach Morfeusza. Co się natomiast tyczy starczego wieku, to nie można mieć pewności, jaki efekt dla państwa przyniesie u sygnatariusza. Włada on wszakże niezmierzonym doświadczeniem i obeznaniem w swoim fachu, a i innych rzeczy może przyuczać.
Rozdział 20
O władzy suwerena nad wszechrzeczą
O władzy suwerena nad wszechrzeczą
Stanem przyrodzonym człowieka jest, jak już wykazałem, bezkres uprawnień. Zostały one, poza uprawnieniem do własnego życia i jego następstwami, które sygnatariusze zachowują ze względu na charakter ugody, przeniesione na suwerena, który to je przejął. Że suweren ma wszelkie uprawnienia do ludzi i rzeczy poza umową, czyli do wszechrzeczy niesygnatariackiej, to jest jasne. Nie obowiązują przecież między nimi ograniczenia utworzone umową, ma zatem wszelkie do nich uprawnienia, nie większe jednak niż wszechrzecz ma na mocy tego samego prawa do siebie samej. Nie można zatem nazwać niesprawiedliwością żadnych działań suwerena wobec niesygnatariuszy.
Prawowity suweren musi kierować się wyłącznie ustaleniami umowy. Ma więc uprawnienie i obowiązek czynić z wszechrzeczą niezwiązaną umową wszystko to, co da rzeczpospolitej jak największą korzyść. Musi przeto traktować wszechrzecz niesygnatariacką, jakoby była to własność publiczna. Winien jest przy zarządzaniu nią suweren odrzucić wszelkie sentymenty i bajania moralistów, którzy swoimi bezmyślnymi zapędami chcą szkodzić państwu. Humanizm ma prawo zaistnieć w działaniach władzy jedynie wtedy, gdy wynikać będzie z profitów, jakie niesie dla państwa. Jeśli nie pokrywa się z najlepszym interesem państwa, stosowanie go przez nią wobec elementu obcego można uznać za zaprzestanie działania na korzyść rzeczpospolitej (albowiem nic poza państwem), co jest równoznaczne ze złamaniem umowy.
Co się tyczy racji bytu humanizmu, to ma on zastosowanie jedynie wobec ludzi, którzy mają wolną wolę. Wszakże mogą chcieć mścić się za krzywdy i zniewagi, które wobec nich poczyniono. Można wpłynąć słowami i działaniami na sposób, w jaki będą myśleć, i co za tym idzie, na sposób, w jaki będą postępować. Ilu niewolników tylu wrogów, nie ma bowiem większej zniewagi dla wolnego wolą człowieka niż zakucie go w okowy. Z tego właśnie powodu opłaca się państwu okazywać nowo narodzonym ludziom łaskę pierworodną, to znaczy z góry postępować z nimi tak, jakby już zawarli umowę. Z kolei wszelkie kierujące się imperatywem stworzenie ma jasno określone i niezmienialne dążenie, do którego wszelkie ich działania mają prowadzić, a to znaczy tyle, co: nie da się zmienić dążenia nieczłowieka, przeto czynienie mu czegokolwiek według swojego uznania nie zmieni jego wiecznej pogoni za wypełnianiem imperatywu. Jedynie jeśli by działania kogoś miały hamować ich dążenie, nieludzie są skłonni zwrócić się przeciwko niemu; ale i tu nie można wpłynąć na ich odruchowy opór wobec sił przeciwdziałających imperatywowi. Jeśli zatem w interesie państwa leży odebranie im środków do hołdowania swojemu imperatywowi, to jedynie fizycznym przymusem może to suweren osiągnąć. Z tej racjii nie może mieć suweren żadnej litości do zniewolonych imperatywem podludzi.
Rozdział 21
W kwestii krzywoprzysiężców
Suwerena, który sprzeniewierzy się warunkom ugody, nazywa się tyranem i jego umowa przestaje obowiązywać z całością podmiotów. Natomiast sygnatariusz, który dopuści się takiej niesprawiedliwości wobec drugiej strony to krzywoprzysiężca. Umowa go z władzą wiążąca wskutek jego krzywoprzysięstwa przestaje obowiązywać, ale pozostałe ugody, które zawarł suweren dalej trwają, albowiem wyłącznie sygnatariusz popełnił niesprawiedliwość i tym samym unieważnił swoje umowy, a tylko jedną mógł zawrzeć. Gdy tak się dzieje, to w imieniu innych podmiotów, dłużej nieograniczony umową z tą personą suweren otrzymuje wszelkie uprawnienia do rządzenia nad nią i używania jej w interesie rzeczypospolitej. Krzywoprzysiężca na swoje życzenie zostaje zdegradowany do wszechrzeczy niesygnatariackiej. Jego status prawny zmienia się wtedy z persona (osoba), który mają tylko związani umową obywatele (cives), do res (rzecz), albowiem zaczyna wchodzić w skład własności publicznej.
Rozdział 22
Umowa a brak wolnej woli
Umowa a brak wolnej woli
Hobbes pisze, że nie ma ugody ze zwierzętami. Tylko ludzie mogą zawierać umowę — nic pewniejszego nad to. Jednak jeśli pokierujemy się nadaniem zasobowi foidzkiemu miana ludzi, to mniemam, że winienem rozważyć, czy podmioty bez wolnej woli są w stanie ją zawrzeć. Albowiem chodziaż miano człowieka, które w tym wypadku jest pozbawionym znaczenia słowem, umożliwia pożądanie zawarcia ugody, to nie określa, czy umowa ta będzie obowiązywać, czy z istoty takiego podmiotu będzie skazana przez jego imperatyw na unieważnienie; w drugim wypadku, mimo teoretycznej chęci podmiotu do ugody, jego zwierzęca istota mu to uniemożliwia.
U hipergamicznych zwierząt istnieje dążenie do umowy. Zasób foidzki zawsze bowiem dąży do swojego imperatywu. Potrzebuje doń życia. Zatem zasób foidzki, jeśli nie może w danej chwili realizować bezpośrednio swojego wrodzonego celu, dąży do przeżycia, jako najpierwejszego do niego półśrodka. W sytuacji takiej zawsze się będzie tym kierował, tak więc zawsze pozornie odda swoją podmiotowość w zamian za przeżycie, czyli instynktownie podyktowany półśrodek do wypełniania imperatywu. Nie zadowala ich jednakowoż sama gwarancja życia, bowiem traktują je jedynie jako wymóg do dążenia do imperatywu, a nie dobro samo w sobie; gdy już rzeczoną gwarancję osiągną, wysiłki ich znów będą kierowane zgodnie z przykazaniami imperatywu. Oczekują zatem umowy, licząc, że suwerena w pewnym momencie ogarnie letarg przyzwalający im na swawolne wypowiedzenie umowy ze swojej strony przy jednoczesnym zachowaniu zobowiązań władzy; chcą na państwie pasożytować. Już po zawarciu umowy bedą w tym kierunku aktywnie działać z powodu, który przytoczyłem. Przez swój imperatyw zawsze przy dogodnej okazji próbują wbić państwu nóż dekadencji w plecy.
Rozdział 23
O krzywoprzysięstwie naturalnym
Krzywoprzysięstwo naturalne występuje, kiedy podmiot, który z powodu braku wolnej woli zawsze będzie dążyć do imperatywu, zawiera umowę, która zobowiązuje go postępować przeciwko swojemu imperatywowi. Gdy zawarta zostanie przezeń umowa zakładająca jakąś sprzeczność z jego przyrodzonym dążeniem, którego wszakże nie może się z powodu braku wolnej woli wyrzec, może ją druga strona uznać za nieważną. Nie ma bowiem różnicy, czy zawrze ją, czy nie, w obu tych przypadkach podczłowiek postąpi zawsze w zgodzie ze swym imperatywem, a więc na przekór rzeczonej umowie. A oznacza to tyle, co: gdy podmiot bez wolnej woli zawiera umowę, która zakłada działanie przez niego przeciw swojemu imperatywowi, umowa taka w chwili jej zawarcia staje się nieważna.
Zasób foidzki dopuszcza się krzywoprzysięstwa, gdy zawiera umowę społeczną. Wszakże, jak już dowiodłem, imperatyw hipergamii wyklucza się ze zobowiązaniem lojalności wobec państwa. Przeto umowy społecznej zawartej przez zasób foidzki nigdy nie można uznać za obowiązującą. Przez brak możliwości zawarcia obowiązującej umowy z suwerenem, te hipergamiczne zwierzęta zawsze należeć będą do wszechrzeczy niesygnatariackiej, co czyni je własnością publiczną. Samo istnienie zasobu foidzkiego zostało przez naturę obarczone niejako niezmazywalnym grzechem pierworodnym hipergamii, przez który w każdym prawowitym państwie stanowić będą własność rzeczypospolitej.
Księga trzecia
Rozdział 24
Bez proletariuszy nie ma państwa
Rozdział 24
Bez proletariuszy nie ma państwa
Proletariat stanowi tak liczną, a co za tym idzie tak potężną klasę, że bez niego nie może istnieć państwo. Chodziaż burżua podobnie jak proletariusze są w stanie okazywać państwu lojalność, to stanowią nikłą część ludzi; państwo oparte wyłącznie na burżuazji, to znaczy nieposiadające z proletariatem żadnej relacji, zostałoby zdławione przez inne państwa. Jego armia przypominałaby raczej zabłąkany oddział, aniżeli regularne wojsko, a majątek nie dorównywałby co zamożniejszym kapitalistom. Dlatego też proletariat jest nierozerwalnie związany z istnieniem państwa. Stosunek państwa i proletariatu różnić się będzie w zależności od tego, czy proletariat jest częścią umowy i od tego, czy suweren próbuje zawrzeć ugodę z nieludźmi. Pierwsze dwa rodzaje państwa są ze swej istoty skazane na upadek, dlatego też koniecznością dziejową jest tryumf trzeciej i ostatecznej formy państwowości, państwa blackpillistycznego. Wszędzie tam, gdzie nie ma blackpillizmu, panuje despotyzm.
Pierwszy rodzaj państwa, który z samej swojej natury skazany jest na zagładę, to państwo niewolnicze. W jego przypadku proletariat stanowi w mniemaniu suwerena część wszechrzeczy niesygnatariackiej, a sygnatariuszami są burżua i podludzie, jakimi niewątpliwie należy nazwać zasób foidzki; w geście godnym Kaliguli obłąkany jakiś suweren uznaje, że możliwym jest zawarcie umowy z bezrozumnymi zwierzętami. Oczywiście mimo obecności w umowie burżujów wciąż musi takie państwo czerpać profity z proletariuszy, ażeby w ogóle móc przetrwać. Nie trzeba się trudzić, aby dociec, w jaki sposób proletariat zostaje w nim zniewolony i wyzyskiwany, bowiem świat zachodni został zbeszczeszczony zaistnieniem tego obrzydlistwa. Jak pisałem wcześniej, wyzysku proletariuszy państwo niewolnicze dokonuje się poprzez mamienie ich reakcyjną propagandą, bluepillem. Jednak gdy pierwszy z proletariuszy dostrzeże obłudę, rozpoczyna się proces gnicia tego państwa. Albowiem człowiek prawowity, który miłuje uczciwość, widząc, że szerzą się kłamstwa, będzie próbował je odeprzeć i innych przy tym przed nimi ostrzec; tak samo człowiek uczony, miłujący wiedzę, nie będzie siedział bezczynnie, gdy obłuda scholastystyków bluepilla przyćmiewać zacznie filozofię; tak samo każdy proletariusz, który dostrzeże obłudę, a będzie widział, że oświecenie swoich towarzyszy leży w jego interesie. Konsekwencją zauważenia wyzysku jest powstanie przeciw niemu, jeśli tylko dostrzeżona zostanie możliwość poprawienia swojego losu i wystarczająco silni, choćby miała ta siła płynąć z ich liczby, będą powstańcy. Proletariatusze nie dość, że są singulis majores, to znaczy, że mają większą moc, niż każda poszczególna z klas społecznych, to są również universis majores, to znaczy, że więcej mają mocy niż wszystkie pozostałe klasy i zasób foidzki razem wzięty. Wyłącznie od stopnia nieświadomości proletariatu zależy jak długo system niewolniczy będzie istniał, a przecież szerzenie się oświecenia jest nieuniknione. Przeto w chwili ustanowienia takiego państwa zakłada sobie ono niewłączeniem do umowy proletariuszy pętle na szyję, która prędzej czy później doprowadzi je do zguby.
Drugi rodzaj państwa to państwo mieszane. Kontrahentami umowy pierwotnie są tak proletariusze i burżua jak i zasób foidzki. Podobnie do systemu niewolniczego, ten typ państwowości nieuchronnie musi upaść, albowiem również opiera się na nieświadomości proletariatu. Włączając nieludzi do państwa, suweren rządzi niezgodnie z umową; jest wszakże zobligowany usunąć z jego struktur element szkodliwy (krzywoprzysiężców), którym zawsze będzie zasób foidzki. Działa tym samym przeciw państwu, co zwalnia podmioty z zobowiązań wobec niego i nadaje im z powrotem wszelkie uprawnienia. Przeto proletariuszy do przestrzegania ustaw takiego państwa nie skłania nic innego, niż tylko ich własna nieświadomość. Dochodzi tu do identycznej sytuacji jak w pierwszym rodzaju państwa, gdzie nieuchronne szerzenie się oświecenia pogrzebie wyzyskujący proletariat system burżuazyjno-hipergamiczny. Prędzej czy później zacznie nad nim krążyć widmo, widmo blackpillizmu.
Trzecim rodzajem państwa jest państwo blackpillistyczne. Do umowy go tworzącej zostaje włączony proletariat i burżuazja. Co się tyczy burżua, to istnieje możliwość wykluczenia ich z umowy, ale niesie to takie same konsekwencje jak wyłączenie ze stron umowy proletariuszy, jedynie na mniejszą skalę. Przeto obie te grupy wchodzić winny w skład państwa. Naturalnym ciągiem rzeczy zasób foidzki jest wtenczas własnością państwa. Jeśli tylko suweren odbierze im decyzyjność w kwestii stosowania hipergamii, więc i wszelkie swobody, które przecież prowadzą do imperatywu, co może uczynić ze względu na przynależność zasobu foidzkiego do własności publicznej, żeby rządzić zgodnie z umową społeczną będzie musiał utworzyć system w ich kwestii najdoskonalszy, więc ze swojej istoty lepszy dla rzeczpospolitej, niźli zezwolenie rakowi ją trawiącemu na swobodne jej wyniszczanie. Idzie o to, by poznać, jaki to jest system.
Rozdział 25
O redystrybucji
Że pozostawienie zasobu foidzkiego w monopolu burżuazji to marnotrawstwo własności publicznej, a przeto stan rzeczy szkodzący państwu, to jest jasne. Ileż może mieć rzeczypospolita pożytku z lojalności tak małej i lichej klasy, jeśli odbywa się ona kosztem proletariatu? Prawda to, że proletariat dostaje ochłapy zużyte i wyeksploatowane przez burżuazję. Jednak jest to zbyt mało i zbyt niskiej jakości zasób, aby mógł zaspokoić głód mas proletariackich. A i nawet te ochłapy, które mają przekupić cześć proletariuszy, z czasem i idącym za nim rozrostem hipergamii będą maleć, powiększając lumpenproletariat, który przecież nie ma do tracenia nic poza swoimi kajdanami, a więc pierwszą klasę do powstania przeciw systemowi go wyzyskującemu; nie uchroniły wszakże poburżuazyjne resztki współczesnych państw niewolniczych od wyłonienia się wśród części proletariuszy świadomości klasowej i słusznego powstania przeciwko despotyzmowi. Foidzki zasób nie jest nieskończony w swojej liczbie. Przydzielanie całości tak witalnego zasobu wątłej grupce paniczyków, obojętnych przez swoją przyrodzoną fizjonomię i kroczące za nią obrzydliwe bogactwo na interes państwa, a na pewno nie wdzięcznych suwerenowi za swoją pozycję, nie można nazwać inaczej, niż tylko wieczystą zbrodnią przeciw rzeczypospolitej. Widzimy więc, że państwo musi wywłaszczyć burżujów z zasobu foidzkiego. Nie może też burżuazja sprzeciwiać się woli suwerena, bowiem na mocy umowy wyzbyła się na jego rzecz wszelkich uprawnień, w tym tego do własności.
Jak jednakowoż winien jest suweren przydzielić zasób, aby najwięcej korzyści to przyniosło państwu? Mniemam (o czym pisałem w poprzednim rozdziale), że to właśnie proletariat stanowi trzon całego państwa. Nie ma tak potężnej siły, iżby mogła się przeciwstawić nawałowi proletariuszy zjednoczonych w jednej sprawie. Państwo uzbrojone w oddanych mu proletariuszy podbić może cały świat; bez lojalności proletariuszy państwo nie będzie mieć niczego. Zjednanie sobie proletariatu — oto gwarancja zwycięstwa. Masy proletariackie, gdy staną się właścicielami zasobu foidzkiego, gotowe będą za suwerena walczyć i zabijać. Czy może suweren mieć inną pewność lojalności najliczniejszych mas, niż tylko taką, że od niego brać się będzie ich własność, on im zerwie pęta, w które zakuła ich hipergamia i zwróci to, co burżuazyjni posiadacze sobie przywłaszczyli? Czyż chłopi galicyjscy byli komu innemu lojalni, niż tylko cesarzowi austryjackiemu, który uwolnił ich od niewoli pańszczyzny? Nie ocaliło możnowładców zasłanianie się krzyżem i tradycją przed rabacją; nie ocali państw niewolniczych zasłanianie się bluepillem przed wyzwoleniem proletariatu. Nie ma bowiem lud do tych rzeczy przywiązania, a tylko do tego, co namacalnie niesie mu profity. Zatem najdoskonalsze co może uczynić suweren, to redystrybuować zasób foidzki między ogół ludu tak, że na każdego sygnatariusza przypadać będzie po jednej brance. Proletariat i burżuazja w obliczu zrównania przydzielanego zasobu utworzą jedną klasę, gdzie nie będzie mógł jeden odróżnić się od drugiego. Bez możliwości rozstrzygnięcia o swojej klasie, będzie też taki człowiek wdzięczny państwu za swój przydział, albowiem z racji stosunku ilościowego proletariatu do burżuazji będzie mógł mieć prawie całkowitą pewność co do tego, że zawdzięcza go woli suwerena. Tym sposobem wszystkie klasy społeczne zjednoczone zostaną pod sztandarem państwa.
Redystrybucja rzecz jasna jest sprzeczna z imperatywem zasobu foidzkiego, przez co będzie jej przeciwny i podejmie wszelkie przeciw niej działania, gdy tylko będzie mieć do nich okazję. Nie może mieć zatem takiej sposobności. Należy ograniczyć wszelkie swobody zasobu foidzkiego do minimum. Przez wzgląd na niedoskonałości ludzkiej natury, nie można co do każdego człowieka z osobna mieć pewności, że należycie ubezwłasnowolni przydzielony do siebie zasób. Jedynie zorganizowany system, którego funkcjonariuszy nie można posądzać, że nie są oddani sprawie może tego dokonać. Nie ma wszakże wśród nich takiego przywiązania do pojedynczego zasobu, jakie by mógł się pojawić u właściciela. Co za tym idzie, zasób foidzki winien być trzymany nie w posiadłościach prywatnych, a należących do państwa specjalnie w tym celu wzniesionych gmachach, gdzie sygnatariusz może skorzystać ze swojej własności wedle uznania, a żelazna dyscyplina strażników utrzyma zasób foidzki, niezależnie od kaprysów posiadacza, w odpowiednim stanie uniżenia. Przeniesie to też ciężar konserwacji zasobu na państwo, które ma przecież doskonalsze do tego środki i większą kontrolę nad jej sytuacją.
Co się tyczy trzymania zasobu w grupach, to mniemam, że to niechlujnie wysunięte roszczenie, które może państwu przynieść jedynie problemy. Bo cóż, czy miałby suweren pozwolić, aby zaistniała u zasobu foidzkiego namiastka wspólnoty i płynąca z tego pocieszenia bezpodstawna arogancja wobec powagi systemu? Ogólna apatia powinna czynić zasób foidzki niezdolnym do posiadania silniejszych odczuć i przekonań, zastępując je obojętnością, a co za tym idzie skutkować oddaniem swojej decyzyjności w ręce znacznie bardziej do tego kompetentnego państwa. Nie oznacza to rzecz jasna, że zasób może kiedykolwiek odstąpić od imperatywu hipergamii, a jedynie, że uzna taką postawę za najlepszy doń półśrodek. Należy im ustawicznie przypominać o ich bezsilności względem człowieka, a fizyczność najlepiej przemawia do tych zwierząt. Najlepiej, jeśli wcześnie wpoi się w ich podludzką psychikę, że jakiekolwiek sprzeniewierzenie się woli człowieka będzie skutkować karaniem; strach przed niesubordynacją permanentnie zakorzeni się w ich psychice, przepuszczając przez swój filtr wszystkie reakcje. Ciągła ekspozycja na brak możliwość jakiejkolwiek zmiany swojej pozycji sprawi, że ich nawykiem stanie się odruchowe podporządkowywanie się ludzkim poleceniom, niezależnie od używanego środka nacisku. Od tego czy od wczesnej młodości kształtowany będzie ten nawyk zależy niemało, zależy bardzo wiele, zależy wręcz wszystko. Absurdalnym by było zawierzać jego tworzenie wpływom, które nie kierują się interesem państwa. Przeto jedynie trzymając zasób foidzki w pojedyńczych celach można go należycie przystosować do swojej roli.
Co się zaś tyczy wieku, w którym zasób jest gotowy do redystrybucji, to wyznacza go najdoskonalej sama natura. Bowiem czyż wszelkie znaki świadczące o tejże gotowości nie pojawiają się samoistnie? Ich pojawienie się oznacza nastanie u nich wieku rozpłodowego, a co za tym idzie, można go po nich rozpoznać tudzież określić, czy zasób jest gotowy do redystrybuowania. Prawa państw niewolniczych, które stwarzają w tej kwestii sztucznie wyznaczone granice istnieją wyłącznie jako narzędzie utrzymywania burżuazyjnego monopolu; nie karzą bowiem z zasady burżujów je łamiących, a jedynie służą uciskaniu proletariuszy fałszywie obarczanych winą.
Rozdział 26
O dostosowaniu zasobu foidzkiego do redystrybucji
Jak pisałem w poprzednim rozdziale, imperatyw zasobu foidzkiego stoi w sprzeczności z redystrybucją i przeto każda wolność, którą zasób foidzki posiada, zostanie wykorzystana do przeciwstawiania się woli suwerena. Wolności te nie ograniczają się do swobód regulowanych przez prawo, a obejmuje w ogóle każdą możliwość przeciwdziałania redystrybucji; wszakże hipergamiczny pomiot dąży do imperatywu wszystkimi środkami im dostępnymi. Istnieją środki im przyrodzone, których, jak już wykazałem, używać będą do działalności reakcyjnej niezależnie od ustaw państwowych. W najlepszym interesie państwa leży zatem to, aby odebrać im również te środki. Jeśli tylko można wytrącić reakcjonistom oręż, należy to zrobić; jeśli jednakowoż można sprawić, iżby w ogóle nie mogli nim władać, to należy pierwej do tego właśnie dążyć.
Aby zasób foidzki mógł umiejętnie występować przeciwko woli suwerena egzekwowanej przez jego namiestników musi najpierw mieć jakieś ogólne rozeznanie w sytuacji, ażeby wiedzieć, co im przyniesie największą stratę — nic pewniejszego. Zdolności poznawcze u zasobu foidzkiego powinny być z tej racji ograniczone do minimum. A czy coś innego pozwala tak doskonale na ogląd sytuacji jak przyrodzony im wzrok? Bez niego muszą się opierać na mniej dokładnych zmysłach, a i one im go nie zastąpią. Osłabi to więc ich ogólne rozeznanie w rzeczywistości, które przecież należy uznać za nieporządane. Poza tym najbardziej na tym zmyśle opiera się hipergamia. Analizowanie fizyczności człowieka przez zasób foidzki odbywa się za pośrednictwem oczu. Ich brak rzecz jasna nie stłumi w tych podludziach imperatywu hipergamii, ale ją utrudni. Należy się u nich pozbyć się wszelkich aspektów fizyczności, które szkodzą państwu, a czy istnieją bardziej niepożądane cechy, niż te, które wzmagają najgorszą część ich plugawej natury? Oślepianie zasobu foidzkiego należy uznać z konieczności za będące w najlepszym interesie państwa, a przeto konieczne, iżby zobowiązaniu suwerena mogło stać się zadość. Powinno odbywać się to niedługo po ich pojawieniu się w rejestrach rządowych; dzięki temu nie będzie zasób miał szansy rozeznać się od młodego wieku w realiach.
Może się okazać, że niewystarczające środki dotychczas przytoczyłem, aby ukrócić wśród zasobu komunikację i dać człowiekowi zasłużony monopol na interakcję z nimi. Bo choć ich izolacja faktycznie rozwiązywałaby ten problem, to trzeba też zważać, że niechlujne jej wdrożenie powodowane zwykłą niezdarnością czy systemowymi niedociągnięciami zaprzepaściłoby starania suwerena w tej materii. Innymi słowy, roztropność nakazuje dać systemowi margines błędu poprzez podjęcie dodatkowych środków zwalczania reakcji. Wszelkiej maści interakcje społeczne są nieuniknionym skutkiem władania przez zasób foidzki mową, bowiem pozwalają na wymianę myśli, która pozwala im jeszcze lepiej rozpętywać hipergamię. Cała ta misterna sieć powiązań opiera się na ich wszędobylskiej komunikacji, która przecież jeśli zaistnieje w warunkach redystrybucji, to naturalnym ciągiem rzeczy służyć będzie kontrrewolucyjnej działalności przeciwko woli suwerena. Bez mowy nie ma organizacji; bez organizacji nie ma reakcji. Mniemam przeto, że pozbawienie ich tak szkodliwej zdolności leży w najlepszym interesie państwa. Można to uczynić dwojako: usuwając im język bądź struny głosowe, z czego należy wybrać doskonalszą metodę.
Aby można było stawiać opór człowiekowi potrzeba nie tylko determinacji, ale i siły, która umożliwia faktyczne działania, rzutując na ich skale. Bez niej są to jedynie żałosne wierzgania, od samego początku pozbawione szans na powodzenie, a więc nieprzemyślane porywy niczym niepodpartej stanowczości. Czyż istnieje bardziej dla wszelkiego stworzenia odruchowy sposób stawiania oporu, aniżeli ten poprzez wrodzoną siłę fizyczną? Z tej racji wynika jednoznaczna i oczywista potrzeba odebrania zasobowi foidzkiemu tak podstawowego środka niepożądnej przecież decyzyjności, jakim jest pełna sprawność własnego ciała. Biorąc w rachubę zwierzęcą nienawiść zasobu foidzkiego względem proletariuszy, całkowite złamanie fizyczne tych pierwszych należy uznać za leżące w najlpeszym interesie państwa. Fizyczność ich należy regulować w taki sposób, iżby ich ruchy były ociężałe i pozbawione wszelkiej nadmiernej siły, ale możliwe. Praktyczność wymaga bowiem, aby podstawowe czynności mogły być przez nie wykonywane.
Rozdział 27
O obywatelu
O tym, w jaki sposób zarządzać zasobem foidzkim wystarczająco już powiedziałem. Jednak jak winno państwo postępować z sygnatariuszami? Mniemam, że tym teraz powinienem się zająć.
Naturalnie instytucja rodziny nie ma prawa zaistnieć w blackpilliźmie. Co za tym idzie, państwo musi przejąć zadanie wychowania swoich obywateli, co z resztą leży w jego najlepszym interesie; może bowiem dokonać tego w sposób przez siebie pożądany, nie pozostawiając tej kwestii niepewnym w swojej lojalności personom. Wychowanie młodzieży podlega pod cel państwa, a przeto powinno się ono odbywać w tym właśnie duchu. Pod okiem urzędników państwowych, niby pajdonomosów, winny się od dzieciństwa kolejne pokolenia doskonalić we wszelkich sztukach i ogólnie wychowywać. Będą też nauczeni oświecenia, ażeby miłowali państwo jako ostateczne ich zwycięstwo nad podludźmi. Na tym etapie wychowanie wszystkich tych młodzieńców wyglądać będzie podobnie, bowiem cnoty i patriotyzm nie zdążyły jeszcze u nich skrzepnąć bądź w ogóle się objawić. Nie można jednakowoż przymuszać ludzi ze szlachetną naturą, aby dzielić musieli otoczenie z pozbawioną wyższych ambicji tłuszczą; należy oddzielić w dogodnym momencie nadludzi od całej reszty, iżby mogli zająć się zdaniami najlepiej odpowiadającymi ich zdolnościom. Tradycje indoeuropejskie niosą w tej kwestii odpowiedź, pełnoprawne przystąpienie do społeczności odbywa się wraz z wejściem człowieka w dojrzałość. Czy to w pogańskim obrządku germańsko-nordyckim, czy w tradycji rycerstwa europejskiego (rycerstwo niekoniecznie miało charakter dziedziczny), wszędzie inicjacja do arystokracji następowała podobnie: wykazanie się cnotami należnymi członkom elity nadawało godność dołączenia do niej.
Jakie jednakoż to będą cnoty? Te, które najlepiej przysłużą się państwu; wszakże to cnota napędza rzeczypospolitą. Nie ma dla państwa większej przysługi niż doskonała władza nad nim, albowiem żaden inny urząd nie może przynieść mu tyle korzyści. Przeto będą to cnoty, które należne są prawowitemu suwerenowi. Nadludzie je posiadający będą tworzyć zgromadzenie arystokratów stanowiące wszelkie prawa, suwerena. Jak pisałem w rozdziale XVII, musi taki pretendujący do najwyższego stanu młodzieniec wyróżnić się całkowitym oddaniem sprawie, aby jasnym było, że nie wykorzysta władzy na swój prywatny zysk ani nie sprzeniewierzy się istocie rządzonego przez siebie państwa, usiłując działać na korzyść niesygnatariuszy pod siebie podległych. Musi więc poza oczywistą wybitnością w kwestii pomyślunku być bezgranicznie lojalny państwu. Co się tyczy pierwszej z tych cnót, to raczej łatwo sprawdzić zdolności pretendenta w tej kwestii. Można bowiem przeprowadzić egzaminy praktyczne i teoretyczne, które niepodważalnie zadecydują, czy taki człowiek sprawnie włada umysłem czy nie. Pozostaje natomiast kwestia lojalności ideologicznej, gdzie znacznie trudniej jednoznacznie ją u kogoś wykazać. Gdy jednak weźmie się w rachubę, że w systemie blackpillistycznym największą wagę trzeba przykładać do tego, aby nie nadać zasobowi foidzkiemu żadnych swobód, gdyż, jak już wykazałem, będzie starał się sabotować redystrybucję, to najważniejszą cnotą suwerena (potwierdzającą oddanie państwu) zdaje się pogarda dla tych podludzi, dzięki której pewnym będzie utrzymanie ich w karbach. Co za tym idzie, tą właśnie cnotą musi się pretendent wykazać, aby móc zostać wywyższonym do arystokracji. Nie sądzę, by można było pewniej pokazać oddanie sprawie, niż tylko fizycznie je manifestując w swoich czynach. Ażeby wielość ludzi mogła się nim w praktyce wykazać, koniecznym będzie przeprowadzanie publicznych tortur na pojedynczym zasobie foidzkim, gdzie każdy jeden z pretendentów będzie mógł przyłożyć do tego rękę. Co się tyczy samego zasobu w tym celu wyciąganego na rynek miejski, nie może on już być komuś przypisany; gdyby było inaczej, to odbieranie człowiekowi wprost jego własności słusznie by wzbudzało niezadowolenie. Musi zatem zasób foidzki do tego przeznaczony być niezdolny jeszcze do redystrybuowania. Gdy oddzieli się już tych, którzy wykazali się należytą lojalnością od plebejuszy, to jedynie tym pierwszym można będzie pozwolić na zajmowanie stanowisk w rządzie i administracji, pozwoli im się też na pilnowanie zasobu w publicznych gmachach. Gdy to już się stanie i zostaną wydzielone te dwie grupy, od razu przydzieli się każdemu zasób foidzki, z tym że pierwsza z tych grup będzie mieć, pięknym samnickim zwyczajem, w tym przydziale pierwszeństwo.
Rozdział 28
O rewolucji proletariackiej
O rewolucji proletariackiej
Zasób foidzki musi zostać zakuty w okowy i redystrybuowany, żeby umowa społeczna mogła żyć. Bez umowy, jedynym co przymusza proletariuszy do gięcia karku, jest despotyczna siła państwa niewolniczego. Proletariuszy nie wiąże w obecnym systemie burżuazyjno-hipergamicznym żadna ugoda, a przeto mają uprawnienie do wszystkiego; mają zatem również uprawnienie do wystąpienia przeciwko niemu. A proletariat ma wszakże dość siły, aby zwyciężyć nad tym systemem, jedyne co go przed tym powstrzymuje to nieświadomość. W jego najlepszym interesie leży zatem szerzenie oświecenia, iżby masy proletariackie w akcie rewolucji stanęły pod broń i ustanowiły państwo blackpillistyczne. Dopóki nie zostanie ustanowiony system redsytrybucji, który ubezwłasnowolni zasób foidzki i zrówna proletariat i burżuazję w ich kwestii, dopóty proletariat pozostaje z nimi w nierozstrzygalnym w żaden inny sposób antagonizmie, innymi słowy: w stanie wojny. Centralnym zadaniem rewolucji i najwyższą jej formą jest zdobycie władzy w drodze zbrojnej, rozstrzygnięcie zagadnienia za pomocą wojny. Zamierzam wytyczyć drogę, która poprowadzi proletariat do zwycięstwa w tej wojnie.
Należy zdać sobie sprawę, że wszelkie sentymenty ciążące proletariuszom są jedynie służącymi ich wrogom deluzjami, niemającymi pokrycia w realiach wojny, którą toczy proletariat. Burżuazja jest jednakowoż podobnie na nie podatna co proletariat, i z tej racji nie można określić całości burżua jako wrogów klasowych. Mogą dzięki swojemu człowieczeństwu stać po proletariackiej stronie barykady, bądź też nie; burżuj też człowiek. Proletariat ma lepszego sojusznika w burżuju walczącym o ustanowienie redystrybucji niż w zaślepionym reakcyjnymi łgarstwami proletariuszu. Trzeba jednak pozbyć się sentymentów co do tej części burżuazji, która w słowach i działaniach stoi po stronie reakcji. Są to wrogowie klasowi i jako takich należy ich brać. Wszelkie działania stojące w opozycji do interesu proletariatu są reakcją; a tyczy się to również obojętności wobec jego walki. Albowiem burżuj budujący przez swoją bierność siłę państwa niewolniczego nie czyni nic innego, niż tylko daje mu broń do walki z proletariatem. Z tej racji, ci burżua, którzy nie są z nami, są przeciwko nam. I dalej — są wrogami klasowymi proletariatu, i przeto należy być gotowym do postępowania z nimi jak z elementem reakcyjnym. Koniec końców jednak, burżuazja stanowi tak nikłą część ludzi, że nawet całkowite jej zignorowanie niewiele by zmieniło. Nie twierdzę oczywiście, że należy zignorować burżuazyjnych reakcjonistów, ale należy ich kwestię rozstrzygnąć dopiero po tym, gdy dokona się tego ze znacznie liczniejszym i bardziej zdeterminowanym elementem kontrrewolucyjnym.
Zasób foidzki, w przeciwieństwie do burżuazji, całościowo i niepodzielnie stanowi siłę wrogą proletariuszom. Ich imperatyw stoi w sprzeczności z interesem proletariatu, a zatem z samej swojej istoty są jego wrogami klasowymi. Dlatego też samo ich istnienie w stanie innym od ubezwłasnowolnienia (które można osiągnąć tylko przez blackpillizm) traktować należy jako akt kontrrewolucyjny, a przeto wymierzony przeciwko proletariuszom. Nie można mieć z tej racji żadnych co do nich skrupułów. Żadnej litości dla wrogów proletariatu. Wszelkie środki są udostępnione proletariuszom do przeciwdziałania reakcji, a pętanie sobie rąk śmiesznie nierealnymi sentymentami przypisującymi tym hipergamicznym zwierzętom człowieczeństwo uznać należy za oznakę obłąkania. Każdy proletariusz powinien sobie przyswoić tę prawdę, że niepodzielna całość zasobu foidzkiego to jego wrogowie klasowi, dążący do jego zagłady. Powinien tożsamo zdać sobie sprawę, że jedynie siłą można zakończyć tę wojnę, bowiem tak długo jak zasób foidzki będzie mieć środki do przeciwstawiania się redystrybucji, tak długo z nich skorzysta.
Jak pisałem już wcześniej, jedynym co powstrzymuje szerokie masy proletariackie przed rewolucją, jest ich nieświadomość. Co za tym idzie, rewolucja może zaistnieć wyłącznie, jeśli rzeczona świadomość będzie odpowiednio powszechna. Mniemam zatem, że szerzenie oświecenia należy uznać za najdoskonalszy i najskuteczniejszy środek do ustanowienia blackpillizmu, które jest równoznaczne ze zwycięstwem nad nieludźmi. Winienem z tej racji rozważyć, w jaki sposób należy je szerzyć.
Należy zadać sobie pytania: kto też przeciwdziała oświeceniu proletariatu? Komu zależy, ażeby proletariusze trwali w ślepocie? Na oba odpowiedzią jest zasób foidzki. Wszakże zawsze działać będą w zgodzie ze swoim imperatywem, a więc przeciwko redystrybucji. Oświecenie proletariuszy jest nieuniknione, jednakowoż zasób może i będzie spowalniać ten proces, jeśli tylko będzie mieć taką możliwość. Bez blackpillizmu niemożliwym jest, aby im tę możliwość odebrać. Tak więc w obecnym systemie jedynie redukując ich ilość, można zredukować idącą za nią reakcję wymierzoną przeciw oświeceniu; jeśli nie można wytrącić rekacjonistom broni, należy zniszczyć samych reakcjonistów. Dlatego też, żeby oświecić proletariat i ustanowić blackpillizm, trzeba najpierw uderzyć w kapitał burżuazyjny, jakim jest zasób foidzki. Bez ciągłych łgarstw ze strony zasobu, już dłużej nienegowane oświecenie swobodnie rozpowszechni się na masy proletariackie.
Kwestia części kapitału burżuazyjnego, o jaką należy go uszczuplić, przedstawia się relatywnie prosto. Tyle winno zostać zasobu foidzkiego, iżby każdy blackpillista walczący piórem lub mieczem o ustanowienie redystrybucji mógł otrzymać z przydziału jedną brankę. A nie będzie to wbrew pozorom grupa mała; proletariat stanowi wszakże przytłaczającą większość ludzi. Wraz ze wzrostem świadomości klasowej, oświeconych proletariuszy będzie przybywać. Nastanie moment, że znaczną jego część stanowić będą zwolennicy blackpillizmu. Podobnie, gdy szturmowano Bastylię, rewolucjonistów nie było tak wielu; gdy jednak zdobywali kolejne bastiony rojalistów, ich szeregi zaczynały pęcznieć. Reakcjonistów nie biorę w rachubę jeśli chodzi o ilość zasobu do pozostawienia, albowiem jeśli nie przekonała ich do słuszności sprawy obietnica branki z urzędu, to nie ma sensu im jej wydawać. Nie uczyni ich to przecież przychylnymi wobec redystrybucji, a obciąży państwo kosztami. Nie ma redystrybucji dla wrogów redystrybucji. Tyczy się to rzecz jasna jedynie okresu porewolucyjnego, gdzie niedobitki reakcjonistów zdołają się uchować. Nie ma bowiem powodu innego niż choroba psychiczna, aby sygnatariusz odchowany w blackpilliźmie mógł zechcieć wystąpić przeciwko niemu.
Cały pozostały zasób należy wyrżnąć. Niechaj proletariusze postępują z nimi tak, jak to czyniły kolumny piekielne z powstańcami. Niechaj urządzą im drugą Wandeę.
Towarzysze! Immundum genus delenda est!